„Wołyń”, film Wojtka Smarzowskiego. O czym jest ? Przede wszystkim o pogromach na Wołyniu w latach 1943-1944. I jest to oczywiste, i widoczne. Na ekranie krew leje się strumieniami, a poszarpane i zbeszczeszczone ciała nie pozwalają o tym zapomnieć.
Jednak ten obraz składa sie z warstw. Gdy zdejmiemy tę pierwszą , oczywistą warstwę to film jest o życiu, o życiu na polskich kresach. Mozaika kultur i narodowości. Mieszanina języków. Sąsiedztwo religii. Codzienne życie w dobrych i złych czasach. Gdy zdejmiemy następną warstwę to film jest o miłości, trudnej miłości Polki do Ukraińca. W tej miłości jest wszystko z czym miłość łączyć się może. Jest radość poznania i szczęście spełnienia. Jest gorycz rozstania i rozpacz utraty. I życie, i śmierć. Gdy jednak i tę warstwę zdejmiemy to film jest o śmierci. Smierć wypełza z ekranu przez cały czas. Na początku czai się w słowach i niedopowiedzeniach. Potem wraz z nadejściem wojny staje się codziennością, by w scenach kulminacyjnych wykwitnąć bestialstwem i zwyrodnieniem, barbarzyństwem i sadyzmem. Ale na mnie największe wrażenie wywarła scena ostatnia, scena śmierci głównej bohaterki. Nie było w niej krwi i bestialstwa, nie potrzebne były do jej zrealizowania wyszukane efekty specjalne. Na mnie zrobiła wrażenie największe. Śmierć zazwyczaj kojarzy się z cierpieniem, utratą, odejściem na zawsze. Z tej sceny śmierci bije ogromna ulga. Przez tę ulgę ta śmierć jest dla mnie bardziej wyraźna niż wszystkie śmierci w tym filmie razem wzięte i każda z osobna. Jakież ta dziewczyna przeżyła piekło skoro śmierć przyniosła taką ulgę. Nie do opisania i nie do nakręcenia inaczej. Przecież nie była to śmierć zmęczonego chorobą starca tylko śmierć młodej matki i jej małego dziecka.
Ten film jest jak obieranie cebuli. Łzy płyną po policzkach, a po każdej następnej warstwie jest ich więcej i są inne, choć jednakowo gorzkie.
mg

Najnowsze komentarze